FANDOM


UWAGA! Opisywna historia dzieje sie w uniwersum Megakampanii, lecz nie jest kanoniczną wersją. Powoływanie się na nią lub/też opisywanie jej w artykułach będzie surowo karane.

Jeremi Guzowski, z pochodzenia szlachcic, wziął (nie do końca z własnej woli) udział w wojnie polsko-kijowskiej w latach 1641-43 jako żołnierz. Opisywał wydarzenia, których był świadkiem, w swoim pamiętniku, który do dziś stanowi jeden z najciekawszych opisów tego konfliktu.

23 marca 1641 r.

Życie płynie dalej, choć trudno mi stwierdzić, czy robi to chyżo, jeśli na takiej jak my strawie to robi. Drugi dzień suchary i czerstwy chleb! Jak niby pożądny człek ma w taki sposób żyć, a zwłaszcza człek z honorem? On przecież nie pozwala mi żywić się tak podłą, dla świni odpowiednią strawą. A piwa tutejsze! Każdy z tych ruskich napitków smakuje tak, jakby funt gorczycy, a do miodiów chyba dziegieć dodają. Niemniej, jako że trwa wielki post, używam tego posiłku, ażeby wierności przykazaniom dochować, a pobożnością się wsławić.

27 kwietnia 1641 r.

A no, jako mówią, nasi się z Kijowczykami bili. Pono dzielnie stawali, lecz wszyscy zginęli bądź w nasz jasyr poszli. Choć może nie jasyr, bo my , jak Bołgarzy ponoć czynią, nie sprzedamy ich na targach w Kitaju czy gdzie indziej, lecz możni panowie (dlaczego ja do nich nie należę? Wioskę ładną przecie pod Lubuszem mam!) ich między siebie rozdzielą i albo na swych ziemiach ich osadzą, albo (jak ponoć też czynią), jeśli kto znaczniejszy, to i pieniądz ładny zań wezmą. Nie moja to sprawa, co z nimi zrobią, bo jednak (naprawdę nie wiedzieć czemu) żadnego nie dostałem. A też widziałem, jak się oficerkowie, a nawet zwykli żołdacy od Lasa nachapali w kijowskim obozie. Tak z łupem szli bogatym, że dziw brał, że kręgosłup ich nawet, jeśli się nie złamał, to na stałe krzywicy doznał. Żeby tylko móc też do tych taborów wejść! Ale nie, bo ja był w walce, bo krwi własnej nie utoczył. Ale przecie ja od tych chłopów i mieszczan, którzy też brali, lepszy, bo herbowy, czyż nie?

12 grudnia 1641 r.

I po kwartale, w czasie którego kolejny post wiernie odprawiłem, i to mimo tego, że mój własny, nie kościelny, te ruskie psiajuchy poddały Połock! Się w całym obozie ucieszyli, a z pochwałą sam Działka (który ludzki jest człowiek) do nas przyszedł. Miód istny jego ustami płynął, choć przyznam, że chętniej prawdziwego po tak dzielnym wyczynie bym skosztował. Lecz, jak się dowiedziałem, w Połocku nawet konie zjedli, więc mój humor natychmiast przygasł. Mimo tego w całym obozie atmosfera była świąteczna, albowiem nazajutrz mieliśmy do tej mysiej dziury wejść, i to z całym tryumfem.

13 grudnia 1641 r.

I wreszcie weszliśmy do miasta. Cała procesja, wieksza niż ta w Boże Ciało, i to nawet w Gnieźnie, zaczynała sie od kochanego Działki. Ten w zbroi błyszczał, że oślepnąć od patrzenia nań można było. Po nim do miasta jazda, a z nią i ja, weszła. Ładne było, zadbane, większe od Lubusza miało i mury, i kamienice. Te jednak, w porównanie z naszymi, polskimi, gołe były, mógłbys rzecz, bo oprócz tynku i farby, żadnych prawie ozdób nie miały, a niektóre wprost kuły w oczy czerwienią cegły. Takie domostwa towarzyszyły nam aż do rynku, gdzie Działka coś pogadał, nie do końca wiem co, bo mój wzrok, już nawykły do tej dziwacznej cyrylicy, odnalazł karczmę. Kilkunastu piechurów oddało salwę honorową, a ja śmignąłem do gospody. Jakież było moje zdziwienie, gdy, po spytaniu, czy jakiś miód mają, usłyszałem "nie"i że mam uciekać, bo inaczej mnie karczmarka tak spierze, że popamiętam. No to ja na nią krzyczę, że grzeczniej, że ja herbowy, że z szacunkiem do mnie; a ta jak nie wyjmie wałka, jak nie uderzy z mocy całej po brzuchu, a gdy się ugiąłem, to i po grzbiecie! Ja, broni zapomniawszy przy boku, w nogi, a ona za mną, ja, na widoku całego tłumu na placu zgromadzonego, przed nią czmycham, a ona, na moją rycerską cześć nie zważawszy, przekleństwami, wyzwyskami i epitetami, o których nie wspomnę rzuca. Wszyscy wokół w śmiech, ona w końcu wraca, a ja, na miejsce w szeregu potajemnie jak się tylko dało wróciwszy, wstydem się paliłem. Po chwili jednak pocieszenie przyszło, bom postanowił rzecz, że tam jakiś ruski żołnierz uzbrojony się skrywał, a wobec przewagi liczebnej, po bohaterskiej walce, również i najwięksi mężowie odwrót robili, czci i sławy nie tracąc. Ceremonia trwała w najlepsze, gdy na rynek wpadł posłaniec na spienionym koniu, który po chwili padł martwy pod nim ze zmęczenia. Nie mam pojęcia, co rzekł, lecz wyszedł rozkaz, by wczesnym raniem (niestety!) być gotowym do wymarszu.

25 grudnia 1641 r., Dzień Narodzenia Pańskiego

Dziś Chrystus nam się narodził, lecz zamiast, jak przykazania nakazują, dzień ten za suto zastawionym stołem spędzić, my, na mrozie marznąc, słuchamy nabożeństwa. Pewnym jest, że do popołudnia dotrzemy pod Kijów, gdzie bitwa nas czeka. Czuję pewną tremę. Jakże to mi, wspaniałemu wojownikowi, stawać w szranki z poślednim ludem ruskim? Myśl ta dręczyła mnie przez całą mszę, a także drogę na południe. Wreszcie ,gdy blisko już było ku zmierzchowi, dotarliśmy. Stojąc na wzgórku, wszystko można było dostrzec jatkę z Rusinami. Działka pieszym nakazał wesprzeć front Lasa i Skarba, a jazda miała czekać, by razem z resztą naszych uderzyć. Ja jednak w końcu rozwikłałem dręczący mnie problem. Po cichu, by nikt mnie nie zauważył, cofnąłem się, minąłem działa, od których niesamowity smród siarki szedł, i dotarłem do armijnych taborów, gdzie się zaszyłem. W końcu najpotężniejsi wojowie muszą zostać na koniec, by w razie klęski uratować losy bitwy, czyż nie? A żeby mogli zostać na oniec, muszą stać na tyłach. Postanowiłem więc bronić do upadłego wozów. Jendocześnie, ponieważ obozowisko znajdowało się na wzgórzu, popijając przeznaczonym zapewne dla oficerów winem (nie mogło przecież dostać się w ręce nieprzyjaciela), sam w umyśle swym dowodziłem. A to zakrzyknąłem "Sieradzka na lewe skrzydło!", albo "Szarżą, mościpanowie, szarżą! Ale nie! Na Boga, NIE NA PIKI!!!", lecz - dziw to dla mnie, choć się wówczas nad tym nie zastanawiałem - nikt mnie nie znalazł. Wreszcie ujrzałem uchodzących w ostatnich promieniach słońca z pola bitwy Rusinów, i  poczułem się spełniony. Być może moje podpowiedzi dotarły jakoś do Działki i pomogły mu wygrać, przecież mogło chyba tak być?

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.